Strona główna > Wydarzenia > Wspomnienia Ryszarda Jędrzejewskiego cz. II. Sporty zimowe

Wspomnienia Ryszarda Jędrzejewskiego cz. II. Sporty zimowe

Wspomnienia Ryszarda Jędrzejewskiego cz. II. Sporty zimowe

Ryszard Jędrzejewski urodził się 27 V 1911 r. w Lublinie. W latach 1932 – 1938 studiował na Wydziale Lekarskim oraz w Studium Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Poznańskiego. W 1930 r. wstąpił do AZS Lublin, a w 1934 r. do AZS Poznań. Uprawiał lekką atletykę i pływanie. W latach 1933 – 1938 był instruktorem gier sportowych, atletyki terenowej i pływania na terenie województwa poznańskiego. W czasie kampanii wrześniowej 1939 r. był chirurgiem szpitala powiatowego w Sochaczewie. Okres okupacji hitlerowskiej spędził w Lublinie, gdzie działał w konspiracyjnej służbie zdrowia oraz organizował podziemne życic sportowe. W latach 1946 – 1952 pełnił funkcję dyrektora Wojewódzkiej Poradni Sportowo-Lekarskiej w Lublinie, a następnie pracował w służbie zdrowia. Poniżej przedstawiamy wspomnienia Ryszarda Jędrzejewskiego dotyczące międzywojennego sportu w Lublinie. 

Sporty zimowe

Jednakże poszczególne pory roku i odmienne zainteresowania ludzkie stwarzały okoliczności, że z czasem w grę wchodziła już nie tylko lekka atletyka. Ot, choćby nawet zima nastręczała dużo sposobności do zabaw, związanych z tą porą roku. Tym bardziej, że warunki były po prostu idealne.

Północna strona Lublina była tak usytuowana, że począwszy od ulicy Lubartow­skiej al do odległej o około 15 km wsi Dąbrowicy, ciągnęła się nad pradoliną rzeki Czechówki, dopływu Bystrzycy, która wyżłobiła w miękkim lessie około kilometra szeroki pas nizinny. W jej przebiegu tuż przed miastem powstał dość duży staw z przyległym doń, malowniczo położonym, młynem. Zimą te przyległe do stawu łąki zalewała wodo, tworząc przepiękną taflę lodu. Był to po prostu raj dla łyżwiarzy. Całe nieszczęście polegało na tym, że o łyżwy było wtedy bardzo trudno. Posiadali je tylko lu­dzie bogaci. Dzieci z nędznego przedmieścia z zazdrością przyglądały się jeżdżącym na łyżwach.

Znane były wtedy trzy rodzaje łyżew’. Najpopularniejsze były przyczepiane do butów turfy, albo kalifaksy, tylko te ostatnie miały zamek tak silnie mocujący, że w razie raptownego skrętu stopy i odpadnięcia łyżwy, odrywały podeszwę buta. Natomiast zaletą turfy było usytuowane na jej przodzie ostrze, ułatwiające poruszanie się po lodzie. Osobnym rodzajem łyżew były tak zwane „śniegórki”, używane również poza lodem, do jazdy po ośnieżonych drogach, zwłaszcza położonych na stokach wzgórz. Skonstruowane były specjalnie do tego celu, z zakręconym w przodzie ostrzem.

Jednakże, jak to się popularnie mówi, potrzeba jest matką wynalazku. I w tym wypadku nie było inaczej. Z drzewa wystrugaliśmy na kształt stopy łyżewki, podkuliśmy je drutem i też jeździliśmy, i to bynajmniej nic gorzej od tych, co mieli prawdziwe łyżwy.

Zimy były dawniej, jak już wspomniałem, niesłychanie mroźne. Odwilże zdarzały się bardzo rzadko, a jeżeli już, to krótkotrwale. Śniegi były bardzo obfite. Z zasypanych niekiedy wiosek wydobywali się ludzie tunelami i jeździli saniami po wierzchu zlodowaciałego śniegu.

Pamiętam, jak w 1928 roku mrozy dochodziły do 40 stopni Celsjusza a kilkumetrowe śniegi leżały chyba trzy miesiące. Przez dwa tygodnie była wstrzymana nauka w szkole, ale życie toczyło sic normalnie i nikt. jak wspomniałem, nic ogłaszał klęsk: żywiołowej. Pamiętam to tak dokładnie dlatego, a byłem wtedy w czwartej klasie szkoły średniej, że przez ten wolny od nauki okres biegaliśmy z kolegami i dużym naszym brytanem w pole r.a narty, by oglądać fantastyczne nawisy śniegu i stwardniałą skorupę nawierzchni. Wtedy to wpadliśmy na pomysł jazdy na nartach z ża­glem, co później wykorzystaliśmy na rozległej lodowej tafli. Nabyte doświadczenie posłużyło nam do skonstruowania małych saneczek podkutych grubym drutem. W desce siedzenia była dziura, na około półtora metra wysoki maszt z ruchomą poprzeczką, na której zwisał żagiel, sporządzony z dwóch lnianych prześcieradeł. By! to niezapomniany widok. Kilkadziesiąt pędzących saneczek ze śmiałkami siedzącymi po turecku, trzymających w rękach poprzeczkę przytwierdzonego doń żagla, kierujących w ten sposób jazdą na wzór obecnego sportu bojerowego.

Na środku stawu była usytuowana wysepka porośnięta trzciną i sitowiem, okrągłego kształtu, o średnicy około dwudziestu metrów. Z chwilą nastania zimy stawała się ona punktem naszego zainteresowania, obserwacji i marzeń. Każdy z nas pragnął znaleźć się tam przed innymi. Do tradycji naszego przedmieścia należało odpowiednie uhonorowanie śmiałka, który pierwszy, przed co najmniej czterema innymi, dostanie się po trzeszczącym i łamiącym się lodzie na kępę, rozpali tam ogień i wrzuci do niego kartofle, żeby się upiekły’.

Każdego więc dnia rozpoczynającej się zimy wyczekiwaliśmy nad brzegiem zamarzniętego stawu, badając nogami konsystencję lodu i próbując jego mocy. Kiedy już okazało się, że można ryzykować śmiałe przedsięwzięcie, w odległości jakichś 20 metrów jeden od drugiego na własną i wspólną odpowiedzialność, każdy z nas próbował zdobyć palmę pierwszeństwa w okolicy. Startowaliśmy na wspólny umówiony znak, którym było hasło: „Chłopaki, kto pierwszy na kępę?” i okrzyk — „Trzcina!” Okrzyk – zamiast strzału startera – był znakiem rozpoczęcia zmagań zdobycia kępy pod strachem skąpania się w lodowatej wodzie. I o dziwo, pomimo że w tych wyścigach brałem udział chyba z dziesięć razy, nic było ani razu wypadku załamania się lodu, a tym bardziej utonięcia. A to dlatego, że pierwszy lód jest wyjątkowo elastyczny i umiejętne, szybkie poruszanie się po nim, przeplatane ślizganiem się daje szanse przejścia z uniknięciem załamania Warunkiem jest, by była to tylko jedna osoba. Z miejsca, gdzie pod wpływem ciężaru ślizgającego się. pęka lód, trzeba szybko przesuwać się i niesłychanie elastycznie niejako związać się z rytmem pękania. Patrząc na to widowisko z boku, można porównać te zmagania do chodzenia po linie, gdyż cała tafla lodu trzeszczy i kołysze się wprost tak, jak lina. Oczywiście uwzględnialiśmy najniebezpieczniejsze miejsce na stawie, jakim było koryto Czechów ki, zaznaczone silniejszym prądem wody, okalającym jedną stronę wysepki. Na zamarznięcie tego miejsca zakładaliśmy około trzech dni mrozu powyżej piętnastu stopni Celsjusza, tym bardziej, że było tam najgłębiej i był wartki prąd.

Zresztą smak tej znakomitej, lodowatej wody dobrze znaliśmy, bo rokrocznie po Bożym Narodzeniu zaczynało się rąbanie lodu na stawie. Był to okres największych mrozów, co najmniej poniżej 20 stopni Celsjusza. Dawno już były porobione przeręble na stawie, żeby się ryby nie podusiły i by stwierdzić grubość lodu. Rąbanie lodu zaczynało się najczęściej w poniedziałek i było dobrze płatne. Wyglądało to w ten sposób, że od zrobionej w pewnym miejscu przerębli rżnęło się piłą od rżnięcia drzewa pewien obliczony obszar powierzchni lodu, a po przecięciu na mniejsze wydobywało się go z wody bosakami, ładowało na sanie i przewoziło do pobliskich lodowni, a w razie braku miejsca w lodowniach układało w sterty i obsypywało trocinami.

Źródło: Wirtualne Muzeum Akademickiego Związku Sportowego

Dodaj komentarz

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej o plikach cookies znajdziecie Państwo w naszej polityce prywatności.